CZYTELNIA MOFFINA

ŚWIATŁORYT

"Głębia dotyku fotografii"

Rozmawiają: Maciej Beiersdorf, dyrektor Muzeum Historii Fotografii w Krakowie, kustosz Magdalena Skrejko oraz Lech Kolasiński i Ireneusz Białek z Fundacji Menedżerowie Jutra MOFFIN.

Ireneusz Białek: Spotykamy się z okazji realizacji projektu „Światłoryt” i jest to interesująca dla mnie rozmowa, bo spojrzymy na fotografię z bardzo różnych punktów widzenia – osoby niewidomej, artysty plastyka, specjalisty w zakresie historii fotografii i dyrektora Muzeum. Szczególnie ciekawe jest to, czy uda się nam porozmawiać w taki sposób, aby zainteresować zarówno osoby widzące, jak i niewidome, które mogą o fotografii nie wiedzieć nic lub wiedzieć bardzo niewiele.

Lech Kolasiński: Musimy się postarać skoro realizujemy taki projekt i za pomocą takiej metody.

I.B.: Może dobra byłaby następująca konwencja tej rozmowy. Ja, będąc osobą niewidomą, z fotografii nie pamiętam wiele, choć jako dziecko siedziałem z ojcem w ciemni i wywoływaliśmy zdjęcia. Są jednak osoby niewidome, które na pewno nie wiedzą, co to znaczy wywołać zdjęcie.

Magdalena Skrejko: Może część osób widzących też tego nie wie w dobie aparatów cyfrowych i aparatu w każdej komórce. (Śmiech).

I.B.: Rzeczywiście tak może być. Przypomnijmy im trochę ciekawostek z historii fotografii.

Maciej Beiersdorf: Człowiek zawsze potrzebował, i nadal potrzebuje wynalazków. Upiększanie świata wywołuje w ludziach chęć lepszych warunków życia. W archeologii był kamień, potem metal, brąz i żelazo. Wystąpiła potrzeba komunikacji ludzi pomiędzy sobą, wykształcił się język. W jaskiniach możemy obserwować proces utrwalania emocji i chęci pozostawienia czegoś po sobie na ścianach. Później było malarstwo, a następnie fotografia jako technika najtańsza i najbardziej przystępna. Poza tym, fotografia była techniką, która dawała możliwość zwielokrotnienia, co odróżniało ją od poprzednich metod utrwalania wizerunku.

I.B.: Jak datujemy narodziny fotografii?

M.S.: Na 1839 rok, i nazwiskiem, które natychmiast kojarzy się z tą datą jest Daguerre, choć wielu przed nim stosowało chemię, optykę i światło do utrwalania wizerunku. Jednak to właśnie 19 sierpnia 1839 roku prezes Francuskiej Akademii Nauk i Sztuk Pięknych – Arago przekazał światu bezpłatnie nowy wynalazek – dagerotypię. Dlatego tą właśnie datą oznacza się początek historii fotografii. Warto jednak wspomnieć o Henrym Talbocie z Wielkiej Brytanii, który jeszcze przed Daguerre’em wynalazł negatywowo-pozytywową technikę zwaną talbotypią.

I.B.: Jak wyglądały pierwsze zdjęcia?

M.S.: To były cudne obrazy! Dagerotypy mamy w naszych zbiorach. Ich urok polega na tym, że powstawały w jednym egzemplarzu i aby dobrze je zobaczyć, trzeba patrzeć na nie pod odpowiednim kątem, czyli właściwie je sobie ustawić. Jednostkowa produkcja wymagała należytej oprawy. Dagerotypy oprawiano w posrebrzane lub pozłacane ramki, wkładano je potem do eleganckich etui. Całość tworzyła ekskluzywny przedmiot.

M.B.: Miedzianą lub posrebrzaną płytkę poddawano działaniu jodu lub bromu, wskutek czego na powierzchni tworzyła się warstwa światłoczuła. Po naświetleniu taką płytkę wywoływano. Później, dzięki wynalazkowi błony światłoczułej, można było obraz zwielokrotnić i zaczęliśmy mieć wówczas do czynienia z fotografią na masową skalę. Dagerotyp był jeszcze jak obraz malarski.

M.S.: Początkowo te zdjęcia były czarno-białe i ciekawe jest, jak dążono do koloru, co było próbą uatrakcyjnienia fotografii. W zakładach XIX-wiecznych i jeszcze na początku XX wieku powstawały zdjęcia kolorowane, czyli po prostu ręcznie barwione farbami.

L.K.: Ktoś siedział wiele godzin z pędzelkiem i do czarno-białego zdjęcia domalowywał kolory.

M.B.: Co zresztą nie zawsze odzwierciedlało rzeczywiste kolory, ale było atrakcyjne i stanowiło krok naprzód. Kolor w fotografii zaczął się jednak we Francji w roku 1910 wynalazkiem braci Lumière zwanym autochromem.

I.B.: Czy to jest moment, w którym fotografia zaczyna odgrywać bardziej znaczącą rolę w kulturze?

M.S.: Ten moment raczej jest definiowany przez wejście na rynek małych, lekkich, wyposażonych w migawkę aparatów fotograficznych, które można było wziąć do ręki i iść z nimi w plener. Warto bowiem wspomnieć, że najwcześniejsze modele urządzeń do fotografowania były wielkie i ciężkie. Sprzęt, który fotograf brał ze sobą w góry ważył ok. 50 kilogramów. Bo przecież oprócz samego aparatu fotograf niósł obiektywy, statyw, niezbędną chemię. A zatem wejście na rynek małych Kodaków było prawdziwym przełomem.

M.B.: Potem to już było udoskonalanie aparatów fotograficznych, obiektywów i materiałów, na jakich wykonywano zdjęcia, a przez ostatnich 20- 30 lat nie ma już nawet czego udoskonalać, bo mamy zapis cyfrowy. Trzeba jednak pamiętać, że w fotografii artystycznej to wciąż nie jest zwykłe naciśnięcie migawki, ale towarzyszy temu procesowi pewien zamysł twórczy, jakiś głębszy zamysł.

L.K.: Czy wciąż towarzyszy?

M.B.: Dawniej to było misterium. Do zrobienia zdjęcia podchodzono kilka dni, wybierano miejsce, czekano na określone światło, warunki… Potem była praca w ciemni, a nie zwykłe kliknięcie myszką. Praca w ciemni to bardzo ważny etap działań fotografa. Można wtedy bardzo dużo ze zdjęcia wydusić odpowiednio ustawiając światło, nie doświetlając czegoś. Dziś tego tak naprawdę nie ma, a ludzie, którzy fotografują cyfrowo z reguły przywiązują mniejszą wagę do kompozycji.

L.K.: Wciąż są jednak ludzie, którzy kochają fotografię analogową, pracują w ciemni i poświęcają na to swój czas.

I.B.: To trochę jak ludzie, którzy wciąż kupują płyty analogowe pomimo ewidentnej niewygody w ich użytkowaniu, poświęcają czas na ich odpowiednie utrzymanie i właściwe odtworzenie. To może nawet bardzo dobre porównanie dla kogoś, kto nie widzi – płyta analogowa i dźwięk analogowy a plik cyfrowy z muzyką, czyli trochę jak fotografia analogowa i cyfrowa.

M.B.: Czy też książka i plik elektroniczny. Niby to samo, a jednak inaczej się do tego podchodzi – w komputerze nie ma szelestu, ciepła papieru, przekładania kartek.

I.B.: W książce pewnie chodzi o sentyment, bo treść jest ta sama, ale w muzyce trwa zażarta dyskusja o przewadze analogu nad cyfrą. Jak jest w fotografii?

M.B.: Nie można się obrażać na nowoczesność. Dla nas muzealników fotografia analogowa ma duże znaczenie, choć często jest niedoskonała i jej obróbka pozostawia wiele do życzenia. Jest jednak cieplejsza, jak ta kartka z książki w stosunku do strony z tekstem na ekranie komputera.

I.B.: Czyli podobnie jak muzyka analogowa i z pliku cyfrowego.

L.K.: Jak się drukuje zdjęcia cyfrowe, to one wszystkie są takie same, a w ciemni zawsze ręka drgnie i może na tym polega jakaś tajemnica, której nie ma w cyfrze.

M.S.: Ale w XIX wieku dążono do tego, aby fotografia była jak najlepsza technicznie. Fotografowie pragnęli, by obrazy wychodzące z ich zakładów nabierały cech indywidualnych, właściwych dla konkretnego atelier. Stąd tekturki, na które fotografie naklejano. Na ich rewersach litografowano nazwę zakładu, jego adres, podawano specjalizację, wizerunki zdobytych na wystawach medali. Czasami pojawiały się podobizny budynków, w których fotografowie mieli swoje firmy.  

I.B.: A czy cyfrowe zdjęcia lub zdjęcia w ogóle nie przesłaniają słowa? Facebook opiera się głównie na zdjęciach i filmikach, bynajmniej nie analogowych, a słowo zaczyna ludzi męczyć, nawet to cyfrowe.

M.B.: Te światy jakoś powinny równolegle istnieć. Chociażby powieść „Potop” i ostatnio odnowiony,  pokolorowany film – przecież zamysł pisarza a interpretacja filmowa to dwie różne rzeczywistości.

I.B.: Bardzo ciekawa jest dla mnie analogia pomiędzy książką a jej wizualizacją. Myślę sobie, że w „Światłorycie” piszemy z Panią Magdą taką jakby książkę o zdjęciach dla osób niewidomych, czyli staramy się zrobić im wizualizację zdjęć.

L.K.: Przekazujemy jakby ducha analogu, zostawiając na boku szczegóły cyfry, bo jak uczyć fotografii, to tylko na analogu.

I.B.: Co powoduje, że oddana jest istota rzeczy, a zatem przeczytaliśmy książkę i niekoniecznie musimy obejrzeć film. To ciekawa konkluzja dla naszej rozmowy i wspólnego projektu.

 

Na górę

COPYRIGHT © 2013-2017 MOFFIN. | Realizacja: SWgroup CMS | Sitemap