CZYTELNIA MOFFINA

NAUKA

"Mózg to moja specjalność"

Prof. dr hab. Jerzy Silberring jest specjalistą w zakresie biochemii i neurobiologii. Pracował w Akademii Medycznej w Krakowie oraz Instytucie Farmakologii Polskiej Akademii Nauk. W latach 1987-1997 przebywał w Szwecji i współpracował z wysokiej klasy specjalistami na Uniwersytecie w Uppsali i Karolinska Institute, a po powrocie do kraju na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie kieruje Katedrą Biochemii i Neurobiologii w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Jego głównymi obszarami zainteresowań są mechanizmy uzależnień i przewodzenia bólu.

Ireneusz Białek rozmawia z Prof. Jerzym Silberringiem.

Ireneusz Białek: Poprosiłem Pana Profesora o rozmowę dotyczącą kultury organizacji i współpracy wśród wysokiej klasy specjalistów. Chciałbym jednak rozpocząć od pytania, jak znalazł się Pan w Szwecji w dość specyficznym dla Polski czasie?

Prof. Jerzy Silberring: W 1987 r. pracowałem w Instytucie Farmakologii Polskiej Akademii Nauk i mój szef postanowił wysłać mnie na staż do znanego szwedzkiego Uniwersytetu w Uppsali. Nie chciałem tam jechać, ponieważ miałem inne plany. Szef jednak namówił mnie mówiąc, że sześć tygodni szybko minie, a Profesor w Uppsali, w którego zespole miałem pracować, należał do światowej elity. Pojechałem więc na te sześć tygodni i zostałem dziesięć lat.

I.B.: Czy szybko odnalazł się Pan w nowym środowisku?

J.S.: Na początku nawet nie uczyłem się szwedzkiego, bo tam przecież wszyscy świetnie mówią po angielsku, ale później brak umiejętności posługiwania się językiem szwedzkim zaczynał mi nieco doskwierać i stosunkowo szybko na ten język przeszedłem dzięki jednemu z przyjaciół oraz „kursom piwnym” jak je nazywam. Nie wiem, czy to można nazwać odkryciem w zakresie nauczania, ale kursy te naprawdę były bardzo skuteczne.

I.B.: Obserwował Pan ze szwedzkiej perspektywy polskie zmiany?

J.S.: Obserwowałem je raczej podczas corocznych przyjazdów do Polski. W Szwecji ludzie nie interesowali się tym tak bardzo jakby to mogło się nam wydawać. Pomimo przemian miałem obawy przed powrotem do Polski, ale o tym pewnie jeszcze będziemy rozmawiać.

I.B.: Tak, teraz jesteśmy w 1987 r. w Szwecji i ciekawi mnie, co uderzyło Pana Profesora w pierwszej kolejności.

J.S.:W Szwecji uderza przede wszystkim porządek administracyjny. Do urzędu w ogóle się nie chodzi, bo nie ma takiej potrzeby. Do urzędu się dzwoni. Musiałem na przykład wymienić prawo jazdy na szwedzkie, ale nie wymagało to w ogóle kontaktu z żadnym urzędnikiem. Po rozmowie telefonicznej przyszły do mnie dokumenty, które były wypełnione, a ja je tylko musiałem podpisać. Poczta to zabrała i tak się nie dowiedziałem nawet, gdzie mój urzędnik pracuje. A poza tym nie było żadnych kolejek, nigdzie się nie stało, nie czekało. Wszystko było przewidywalne. Komunikacja miejska działała prawidłowo. To mnie szokowało.

I.B.: To może szokować i dzisiaj.

J.S.: Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Szwecja jest krajem, gdzie się dużo dyskutuje. Jak jest jakiś problem do rozwiązania, to nie ma tak, że wychodzi na stołek ktoś, kto ma rację i trzeba go słuchać, tylko ludzie siadają do stołu i wybierają jakieś rozwiązanie. Czasem jest ono lepsze, czasem gorsze, ale wszyscy mają przekonanie, że wiedzie to do osiągnięcia jakiegoś wspólnego celu.

I.B.: Nie było rozkazów?

J.S.: Tam się generalnie nie rozkazuje. Był oczywiście szef, którego trzeba było słuchać, ale z tym szefem zawsze można też było porozmawiać  dlaczego robimy tak, a nie inaczej. Do wszystkich mogłem zwrócić się z jakimś pytaniem, jeśli wiedzieli coś więcej ode mnie lub byli ekspertami w innej dziedzinie i oni zawsze mi pomagali. Nikt nie mówił, jak to się u nas nagminnie zdarza, że się czegoś nie da. Gdy wyjeżdżałem z Polski, to się nie dało, gdy przyjechałem, też się wielu rzeczy nie dało, a tam się dało. 

I.B.: Chodzi o współpracę zespołu, o ten dialog z szefem?

J.S.: Tak, ale również o nietrzymanie wiedzy dla siebie, o dzielenie się nią z innymi, bo to napędza postęp nauki i postęp społeczny. Tam nigdy nie usłyszałem czegoś, co tu mnie spotkało zaraz po przyjeździe. Jeden z profesorów, którego zapytałem o możliwość współpracy powiedział mi: „pańska nauka kończy się tam, gdzie moja się zaczyna”. Dorobek ma całkiem przeciętny, więc skąd ta arogancja? 

I.B.: Dobrze się Pan Profesor czuł w tym międzynarodowym zespole?

J.S.: Znakomicie. Przede wszystkim mogłem się z każdym porozumieć i każdy traktował mnie jak równego sobie. Chodziło też o język, najpierw angielski, a potem szwedzki, który otwierał mi kolejne drzwi. W nauce jest to ogromnie ważne, bo jak Pan nie potrafi partnerowi powiedzieć, o co Panu chodzi, to nie macie o czym rozmawiać. A ja dostałem takiego „międzynarodowego kopa”, którego dali mi najpierw prof. A. Koj i Dr A. Dubin (ogromnie wiele Im zawdzięczam), a później Instytut Farmakologii w Krakowie i potrafiłem formułować problemy, którymi w swojej pracy chciałem się zająć.

I.B.: Pracował Pan z noblistami.

J.S.: To były znakomite umysły. Mój pierwszy szef otarł się o Nobla. Świetnie zarządzał zespołem, w którym każdy każdemu pomagał i suma tych działań pozwalała nam uzyskać znakomite rezultaty. Potem, już w Karolinska Institute, jeden z naszych partnerów, prof. Paul Greengard z USA dostał Nobla po dwóch latach współpracy z naszym zespołem, więc żartowaliśmy, że dostał go dzięki nam. W Karolinska współpracowaliśmy też z innymi noblistami. Co ciekawe, normalnie można było z tymi ludźmi rozmawiać. Nikt nie dawał mi do zrozumienia, że jak ma Nobla, to ja nie jestem dla niego partnerem. Parę lat temu, już w Polsce, towarzyszyłem dwa dni jednemu z noblistów, który przyjechał do kraju. Nie zadawałem mu w ogóle tzw. „typowych” pytań w rodzaju „jak Pan to osiągnął”. Pewnie Pana zaskoczę, ale rozmawialiśmy o znajomych. 

Wracając do Szwecji, pamiętam jak pewnego dnia skontaktował się z moim szefem profesor, który miał kompletnie wyposażone laboratorium syntezy peptydów. Takie wyposażenie naprawdę dużo kosztuje, a on nas zapytał, czy nie mamy przypadkiem jakiś potrzeb, żeby je wykorzystać, bo on go chętnie nam użyczy. To był kolejny wstrząs, jaki tam przeżyłem.

I.B.: Może Pan też po powrocie komuś coś użyczył?

J.S.: Próbowałem, bo znajoma badaczka borykała się z problemami finansowymi i wyposażeniem laboratorium. Mówię jej  -  przyjdź, my to wszystko mamy i możemy ci pomóc. Spojrzała na mnie dziwnie i powiedziała: „nie, jakoś sobie poradzę”. 

I.B.: W Szwecji ludzie bardziej sobie ufają. 

J.S.: Powinienem się tym zainteresować głębiej, bo to w końcu mózg, czyli moja specjalność, ale może równie ważne stanowisko mógłby tu zająć psycholog społeczny. Szwedzi byli raczej otwarci, uczciwi i ufający sobie. Karolinska Institute to jest światowy top nauki, a zatem wyścig szczurów tam też obowiązuje. Tyle, że oni wiedzą, że w tym wyścigu bardziej opłaca się im współpracować, niż nie współpracować, bo rezultat ze współpracy dla każdej z osób biegnących w wyścigu jest lepszy. Tego u nas wciąż bardzo brakuje.

I.B.: Pańska dziedzina chyba szczególnie takiej współpracy wymaga?

J.S.: Tak, to jest wiedza na styku chemii, biochemii i farmakologii. To, co teraz nazywamy współpracą interdyscyplinarną, uprawiałem już wtedy w Szwecji w codziennej pracy. W obu miejscach, w Uppsali i w Karolinska, mieliśmy znakomitą aparaturę. W ogóle na nic nie brakowało pieniędzy i kupowaliśmy wszystko, co było potrzebne do badań. Rezultaty pojawiały się jednak nie tylko z tego powodu, że nie mieliśmy żadnych ograniczeń finansowych w zakupie wyposażenia, ale też dlatego, że ludzie ze sobą współpracowali. Chciałbym mocno tutaj podkreślić, że to nie aparatura jest najważniejsza, ale pomysł na badania, bo jak my coś kupujemy to inni też to mają. 

I.B.: A jak współpracowało się Panu Profesorowi w Szwecji na wrażliwym styku nauki z biznesem? 

J.S.: Doskonale. W Uppsali na przykład współpracowaliśmy z firmą farmaceutyczną produkującą aparaturę badawczą i oni przekazywali nam różne urządzenia, na których mogliśmy pracować. Potem coś publikowaliśmy, co mogło mieć miejsce dzięki pracy na tych urządzeniach i w efekcie obie strony miały korzyści. Oni dowiadywali się, jak ich sprzęt sprawdza się w praktyce, a my mogliśmy używać bardzo nowoczesnej aparatury i osiągaliśmy lepsze rezultaty. Firma finansowała też niektóre badania i dawała nam różne odczynniki. Wiele pomysłów naukowych od razu przechodziło do przemysłu, rozwijało produkcję i w znakomity sposób procentowało.

I.B.: Po dekadzie pracy w takich warunkach, w 1997 r. wraca Pan Profesor do Polski, dlaczego?

J.S.: Zespoły w Szwecji są bardzo dynamiczne. Kończy się jakiś projekt i rozpoczynają się nowe działania. Ja sporo już umiałem i uznałem, że moja formuła pracy tam w jakiś sposób się wyczerpała i mógłbym te doświadczenia wykorzystać w Polsce, gdzie proszono mnie o pomoc w wielu sprawach. Pomyślałem, że tu mógłbym kogoś czegoś jeszcze nauczyć. Zaważyły też sprawy rodzinne. 

I.B.: I stworzył Pan Profesor swój własny zespół badawczy, czy udało się wykorzystać doświadczenie współpracy i dialogu wywiezione ze Szwecji?

J.S.: Po powrocie nastąpiło u mnie coś w rodzaju szoku biurokratycznego. Dowiedziałem się, że muszę mieć pieczątkę, podczas gdy w Szwecji coś takiego jak pieczątka w ogóle nie występuje. Tu, jak chcę wyjechać na delegację naukową, to muszę wypełnić wniosek, a administracja mnie pyta, czy mam zaproszenie, albo jakąś podkładkę. A ja na to mówię, ale ja jadę za swoje pieniądze z mojego grantu i zaproszenia nie potrzebuję (to mi się jeszcze paskudnie kojarzy ze starej epoki), a słyszę na to: nic nie szkodzi i tak jest potrzebne. Nic zatem nie zmieniło się pod tym względem w stosunku do roku 1987 kiedy wyjeżdżałem, a wręcz przeciwnie, doszły procedury przetargowe na zakup byle drobiazgu i rozliczanie projektów unijnych z polską specyfiką biurokratyczną. Jako profesor mam też 210 godzin pensum i cały czas coś przygotowuję na zajęcia ze studentami, bo przecież nie będę tego samego materiału używał przez następne dziesięć lat, a co roku dochodzi w mojej dziedzinie nowa wiedza i muszę ją aktualizować, wymieniając jakieś 25% materiału. Grupy studenckie są coraz większe, a kształcenie staje się coraz bardziej masowe i każdy liczy koszty. To wszystko w połączeniu z koszmarną biurokracją mnie przytłacza, tak się nie da pracować. Nie tylko ja to przecież zauważam. 

Cieszę się jednak, że mogę wciąż znaleźć młodych ludzi, którzy są wartościowi i stanowią nadzieję na przyszłość. Nawet jeśli wyjeżdżają na stałe, bo moja była doktorantka jest w Holandii, a były doktorant w Brukseli, to sprawia mi satysfakcję, że przy mnie się czegoś nauczyli i mnie w jakiś sposób też ukształtowali. Mam zespół, który się rozumie, nie kłóci pomiędzy sobą i czeka go dobra przyszłość. 

I.B.: A jest jakiś sposób na to, żeby oni tak Jak Pan profesor wracali?

J.S.: Może taki, jaki mają Chińczycy. Po wyjeździe do bogatego kraju Chińczycy, którzy powracają, dostają pieniądze na własne badania naukowe i tworzą specjalistyczne zespoły. Osiągają w ten sposób zupełnie niezłe rezultaty i publikują w czasopismach, które jeszcze jakiś czas temu były dla nich zupełnie nieosiągalne. Są to często bardzo dobre zespoły i mają wyniki, których nie powstydziłyby się renomowane ośrodki akademickie. Jest to przykład, że są kraje, które potrafią zachęcić swoich naukowców do powrotu.

Upatruję też nadziei w otwartości nauki i w tym, że ludzie widzą, co robią inni, mogą się bez problemów komunikować, wyjeżdżać, mają dostęp do informacji naukowej, i to w końcu wymusi zmiany w tym, co się dzieje. Poszerzy to może nie tylko wolność nauki, ale i zacznie napędzać gospodarkę.

I.B.: Dziękuję za rozmowę.

Na górę

COPYRIGHT © 2013-2017 MOFFIN. | Realizacja: SWgroup CMS | Sitemap