CZYTELNIA MOFFINA

ROZMOWA

„Potrzebujemy utopii, aby życie miało sens”

DR HAB. BEATA KOWALSKA
Przedmiotem jej zainteresowań naukowych jest socjologia feministyczna i studia postkolonialne. W ostatnich latach prowadziła badania w krajach Bliskiego Wschodu. Pozwalało to łączyć fascynacje naukowe z doświadczeniem w pracy w programach antydyskryminacyjnych w kraju i za granicą. Podejmowane badania znajdowały także odbicie w prowadzonych kursach zarówno z dziedziny studiów rozwojowych, jak i studiów genderowych. Została wyróżniona najważniejszą nagrodą JM Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego za dydaktykę – Pro Arte Docendi. Najważniejsze stypendia i wykłady zagraniczne: Cambridge University, Instytut Nauk o Człowieku w Wiedniu, American Centre for Oriental Research w Ammanie, New School for Social Research w Nowym Jorku, Rutgers University, Bufflo University

Rozmowa z dr hab. Beatą Kowalską, wykładowczynią Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ireneusz Białek: Dlaczego nie podoba się Pani CSR?

dr hab. Beata Kowalska: W takim kształcie jak obecnie rzeczywiście mi się nie podoba i powodów jest kilka. Habermas mówi, że problemem współczesnych społeczeństw jest zanik myślenia w kategoriach dobra wspólnego, ponieważ jesteśmy zbyt skoncentrowani na celach indywidualnych. CSR to próba połączenia tych sfer, ale w praktyce zbyt często idea ta przybiera kształt zwykłej strategii marketingowej. Liczne przedsiębiorstwa umiejętnie przyswoiły sobie koncepcję CSR, wykorzystując ją do budowania wizerunku i zdobywania przewagi konkurencyjnej nad rywalami – tylko czy jest to rzeczywisty CSR?

IB: I samo to zjawisko jest tak bardzo negatywne?

BK: To mój podstawowy zarzut, choć we mnie samej wywołuje ambiwalencję, ponieważ większość własnych, niekonwencjonalnych pomysłów zrealizowałam dzięki wsparciu pochodzącemu z instytucji prywatnych: fundacji czy lokalnych przedsiębiorców. Nie były to jednak korporacje. Te często wykorzystują CSR do poprawy wizerunku. Słyszymy przykładowo, że po aferach związanych ze złym traktowaniem pracowników pojawiają się nagle programy z obszaru odpowiedzialności społecznej, które mają za zadanie szybką zmianę postrzegania firmy.

IB: Ale mogłyby tego wizerunku nie chcieć poprawiać i to wcale nie byłoby lepiej dla społeczeństwa.

BK: Tak, choć nie zmienia to faktu, iż tak pojmowany CSR jest wyłącznie skutecznie zaadaptowaną strategią marketingową, a nie długofalowym, systemowym łączeniem perspektywy gospodarczej, społecznej oraz środowiskowej w codziennej działalności firmy, czym teoretycznie powinien być.  Jeżeli natomiast wyjdziemy nieco poza kapitalistyczną logikę i pomyślimy o roli, jaką firmy, zwłaszcza lokalne, mogą odegrać w swoich społecznościach to może się okazać, że powstaje coś znacznie ciekawszego niż źle rozumiany CSR. Idea dobra wspólnego powinna być realizowana we współpracy z organizacjami społecznymi oraz instytucjami publicznymi. Biznes może pomagać tym instytucjom, a nie wyręczać je. Jako socjolożka widzę doskonale, że wskaźniki mówiące o wzroście jakości życia społecznego są wysokie wszędzie tam, gdzie idea dobra wspólnego stała się elementem szerszego projektu politycznego. Standardy były jednak definiowane przez instytucje publiczne, a biznes pełnił rolę pomocniczą.

IB: A co się dzieje, jeśli to biznes przejmuje rolę lidera tego procesu?

BK: Problem ma charakter strukturalny i organizacyjny – sprowadza się do pytania o możliwość sformalizowania odpowiedzialności menedżerów wobec interesariuszy i zasad rozliczania ich z podjętych zobowiązań. W rzeczywistości odpowiadają oni przed zarządem i akcjonariuszami. Innym wyzwaniem jest włączenie interesariuszy w proces formułowania celów organizacji. Gdy czytam fragmenty o społecznej odpowiedzialności na stronach wielu firm, zwykle niepokoi mnie jeszcze jedna kwestia.  Realizację jakiejś idei dobra wspólnego, np. działania na rzecz grupy marginalizowanej społecznie, prezentuje się jako coś nadzwyczajnego, a nie jest to standardem wynikającym np. z praw obywatelskich. Prawdziwy CSR zakłada ciągłość i długofalowość i to mi się w tej idei podoba. Jednak podkreślam wagę współpracy biznesu z organizacjami obywatelskimi i instytucjami publicznymi, a przede wszystkim grupami czy społecznościami, które mają stać się partnerami, a nie jedynie beneficjentami. Wtedy jest szansa na doprowadzenie do realnych zmian społecznych, a nie tylko służy to akcyjnemu wdrażaniu kilku projektów dobroczynnych. Przyczynia się do realizacji praw człowieka.

IB: Różnie z tą realizacją bywa, o czym sama Pani wspomniała.

BK: Tak, ponieważ działalność korporacyjna jest bardzo skomplikowana. Odbywa się w centrach i na peryferiach. W centrach standardy są pilnowane, a na peryferiach niekoniecznie. Jak spojrzymy na kraje, w których dobrze rozwinął się CSR to widzimy, że przede wszystkim wykształciły one wysokiej jakości instytucje publiczne, a biznes jest jakby odblaskiem tej jakości i stał się, owszem, ważnym elementem tego systemu, ale nie jest jedynym aktorem, który te społeczeństwa zmienia. CSR to nie lek na całe zło, powinien być jednak częścią systemu kierowanego normatywnie, a nie tylko strategią biznesową.

IB: Przemawiałoby za tym to, że wiele tych strategii zakończyło się w momencie pojawienia się w świecie kapitalistycznym kryzysu.

BK: W każdym kryzysie na plan pierwszy wychodzi gospodarka i jeśli tak, to powstaje pytanie, gdzie jest miejsce na prawa człowieka. To one  tak naprawdę wyróżniają myślenie zachodnie. W czasie kryzysu nie powinniśmy o tym zapominać i to jest właśnie rolą instytucji publicznych. Biznes w czasie kryzysu rzadko wytycza standardy w tym obszarze. Zwykle „tnie koszty”, redukując działalność społeczną.

IB:  À propos praw człowieka, chciałbym zapytać, dlaczego Pani zdaniem tak trudno jest o programy zaangażowania społecznego realizujące prawa osób niepełnosprawnych, a nie tylko zaspokajające charytatywnie niekoniecznie najważniejsze potrzeby tych osób?

BK: To jest dla mnie kluczowe zagadnienie zarówno pod względem badawczym, jak i aktywistycznym. Przy niepełnosprawności niemal natychmiast włącza się myślenie filantropijne oparte na współczuciu, a nie dowartościowaniu i podmiotowości. Zauważmy, że osoby z niepełnosprawnościami są jedną z ostatnich niewyemancypowanych grup społecznych. Proces ich emancypacji zaczął się w ubiegłym wieku.  Nikt w naszej kulturze otwarcie nie podważa już zasady równości pomiędzy kobietami a mężczyznami, czy między osobami o odmiennym kolorze skóry.  Włączenie społeczne osób niepełnosprawnych jest natomiast procesem wciąż w trakcie realizacji. Jest to też proces bardzo bolesny, bo wiele tych osób dopiero obecnie zdaje sobie sprawę z marginalizacji, jakiej doświadczyło. A partycypacja w życiu społecznym to nie jest tylko konsultowanie, z którym przecież często też mamy problem. To jest oddanie części władzy i współdecydowanie, co oznacza uznanie pełnej podmiotowości i obywatelstwa – tych osób.

IB: Takie współdecydowanie bywa bardzo trudne z powodu braku doświadczenia i wykształcenia wśród osób niepełnosprawnych. Wykorzystuje się to jako pretekst, aby się władzą jednak nie dzielić.

BK: Nigdy nie współdecydowały, więc na początku oczywiście jest to bardzo trudne, ale realizacja praw osób niepełnosprawnych musi prowadzić poprzez partycypację, innego wyjścia nie ma i pokazują to doświadczenia innych grup mniejszościowych. Na końcu tej drogi mamy jednak samych wygranych. Świadome swojego potencjału osoby niepełnosprawne nie tylko integrują się ze społeczeństwem, ale je współtworzą. Włączają się w nie najczęściej poprzez aktywności na rzecz grupy, z którą dzielą doświadczenie tej konkretnej niepełnosprawności.

IB: I to ma też skutki negatywne - homogenizację danej grupy i zamknięcie na potrzeby innych grup. Na przykład osoby niewidome nie wiedzą nic o potrzebach osób niesłyszących i na odwrót.

BK: Z doświadczenia innych grup marginalizowanych wiemy, że jest to swoista cena procesu emancypacji. Budowanie tożsamości grupowej to decyzja o charakterze politycznym i oznacza chęć danej grupy mniejszościowej do silniejszego, czyli grupowego, wyrażenia swojego poglądu i zaakcentowania własnych praw i interesów.

IB: Dlaczego, w takim razie, wiele grup marginalizowanych społecznie nie połączy się i nie zaakcentuje wspólnie swoich interesów?

BK: Na początku wydaje się, że te partykularne interesy są nie do pogodzenia, ale analiza na przykład sukcesu ruchów miejskich pokazuje, że jest to jednak możliwe. Pojawia się tam ogólna idea prawa do miasta, które powinno być przestrzenią przyjazną dla wszystkich obywateli. Dostrzegamy na przykład, że miasto pozbawione barier architektonicznych jest miastem przyjaznym dla o wiele większej liczby obywateli niż tylko dla osób z niepełnosprawnościami. Drugi powód do łączenia interesów grup marginalizowanych jest bardzo prosty - im mniej jest osób wykluczonych w społeczeństwie, tym jakość życia społecznego jest wyższa. Powróćmy do przytaczanego już terminu dobra wspólnego, czyli swoistej utopii, ale ja uważam, że musimy mieć utopię, żeby do niej dążyć. Żeby życie miało sens. Dobro wspólne jest ideą, dla której warto łączyć potencjały zarówno grup do tej pory wykluczanych, jak i budować szersze systemy prowadzące do zmian społecznych, także w  oparciu o takie idee jak społeczna odpowiedzialność biznesu. Społeczeństwo jest wtedy jakby pełniejsze.

IB: Czy ta utopia ma sens w czasach prosperity, czy w biedniejszych także?

BK: Jeśli właściciel przedsiębiorstwa w ogóle się taką utopią kieruje, to ja jestem zachwycona. Badania nad kapitalizmem pokazują bowiem, że trudno jest pogodzić ze sobą chęć czerpania zysku z tego typu ideami. Bezdyskusyjne jest jednak to, że powstaje coraz więcej inicjatyw będących czymś więcej niż strategią marketingową. Jest to ważne, zwłaszcza w momencie, gdy spada zaufanie społeczne, maleje udział w wyborach, a politycy nie są postrzegani jako ci działający dla naszego dobra. Odpowiedzią na to jest poszukiwanie nowych form organizacji życia społecznego poprzez włączanie grup i obywateli, którzy do tej pory byli z niego wykluczeni. Ich tzw. specyficzne potrzeby mogą przecież stać się potrzebami wielu obywateli lub przynajmniej powinny zostać zaakcentowane jako potrzeby głównego nurtu ważne dla określonej grupy osób.

Podsumowując powiedziałabym więc, że takie idee jak społeczna odpowiedzialność biznesu, sprawiedliwy handel czy polityka na rzecz inkluzji społecznej mogą stanowić odpowiedź na niedostatki bogatych społeczeństw kapitalistycznych i uczyć ludzi myślenia kolektywnego, a nie tylko indywidualistycznego. 

IB: Dziękuję za rozmowę.

Na górę

COPYRIGHT © 2013-2017 MOFFIN. | Realizacja: SWgroup CMS | Sitemap