CZYTELNIA MOFFINA

MUZYKA

Uniwersytet Jazzu - rozmowa z Kubą Stankiewiczem

Kuba Stankiewicz – wybitny pianista jazzowy, kompozytor. Studiował na Berklee College of Music i współpracował m. in. z Artem Farmerem, Scottem, Hamiltonem, Harvie Swartzem i Peterem Erskine’m. Fascynuje się zapomnianymi, choć ważnymi dla polskiej kultury twórcami muzyki. Autor płyty „The music of Victor Young” zawierającej niezwykłe interpretacje utworów Victora Younga. Adiunkt na Akademii Muzycznej we Wrocławiu i Uniwersytecie  Zielonogórskim.

Rozmowa z Kubą Stankiewiczem, wybitnym pianistą jazzowym, kompozytorem, autorem płyty "The music of Victor Young".

Ireneusz Białek: Skąd się w Panu bierze potrzeba odkrywania dawno zapomnianych dźwięków, ciekawych korzeni muzyków, ich koligacji rodzinnych?

Kuba Stankiewicz: Wie Pan, jak człowiek jest młody, to widzi tylko rzeczy tu i teraz, a jak trochę dojrzeje (śmiech), to pojawia mu się horyzont czasowy i dostrzega bardziej to, co było kiedyś lub to, co może nastąpić w przyszłości. Grając teraz różne standardy jazzowe lubię wiedzieć, kto je stworzył, czym się inspirował, kim w ogóle ten człowiek był. Wciągnęły mnie więc bardzo historie Victora Younga czy Bronisława Kapera.

I.B.: Czego słuchał Pan w młodości, od razu jazzu?

K.S.: Gdy chodziłem do szkoły średniej, to połowa z nas słuchała Beatlesów, a druga połowa Stonesów. Ja byłem bardziej w tej pierwszej frakcji i do dzisiaj uważam, że linie melodyczne Beatlesów są bardzo ciekawe. A jazzu to mało kto wtedy słuchał. Mój ojciec był amatorskim pianistą jazzowym, miał jakieś nuty i sobie coś grał. Mnie się jako młodemu człowiekowi wtedy to nie podobało, ale ten jazz w domu był.

I.B.: Kiedy zagrał Panu w duszy?

K.S.: Chyba po raz pierwszy wtedy, gdy spotkałem kilku chłopaków z podobnymi zainteresowaniami i stworzyliśmy we Wrocławiu zespół. Były to rzecz jasna czasy przedyoutubowe i przedfacebookowe, tak więc uczyliśmy się jazzu spisując solówki. Należało najpierw zdobyć nagranie, co wcale nie było takie łatwe, następnie je skopiować, najczęściej przy użyciu kultowego szpulowca ZK140, a potem się je dopiero spisywało. Natomiast dziś jest wszystko na wyciągnięcie ręki i z jednej strony to bardzo dobrze, z drugiej trochę rozleniwia muzyków. Studenci mówią mi, że ściągną sobie solówkę z Internetu, ja odpowiadam, żeby ją sobie sami spisali, bo satysfakcję ma ten, kto sam spisuje sola mistrzów, a nie ten, kto wykorzystuje spisane przez kogoś innego solówki.

I.B.: Wszystkiego uczył się Pan sam lub z kolegami w zespole?

K.S.: Edukacja muzyczna w Polsce opierała się wówczas na muzyce klasycznej i w dużym stopniu jest tak do dzisiaj. Nie uczono nas na przykład improwizacji i harmonii jazzowej, co w moim przekonaniu nie tyleż powinno zastępować edukację opartą na muzyce klasycznej, co ją uzupełniać. Poruszałem się więc w dużym stopniu po omacku. W 1983 r. pojechałem na warsztaty jazzowe do Chodzieży, które prowadził pianista Wojtek Groborz z Krakowa i on mi powiedział właściwie wszystko o tych akordach, które mnie fascynowały. Wiele z tych rzeczy dobrze wyczuwałem, ale nie potrafiłem ich nazwać. Zapisałem sobie wtedy cały zeszyt i to był dla mnie taki uniwersytet jazzu. Nazywam to tak dlatego, że moment, w którym muzyk sam zaczyna poszukiwać i otwierać kolejne drzwi w związku ze swoimi fascynacjami jest niezwykle ważny. Wówczas zaczynamy się także otaczać ludźmi, którzy poszukują czegoś podobnego, tworzą się zespoły, to jest bardzo wciągający proces.

I.B.: Ma Pan na myśli proces w ogóle w muzyce, czy też w jazzie?

K.S.: Wydaje mi się, że to jest ważne w ogóle w muzyce. Czas poszukiwań, improwizacji to było kiedyś coś bardzo ważnego. Improwizował przecież Bach, Chopin, Liszt, a potem ta umiejętność w klasyce zaczęła zanikać.

I.B.: W jazzie zawsze była.

K.S.: Tak, stanowi przecież jego istotę, ale w klasyce zanika i chyba chodzi o to, że czasy, w których edukację muzyczną pobierali Young czy Kaper były, pomimo braku Facebooka, w jakimś sensie dla muzyków lepsze, bo ta edukacja stawiała na poszukiwania, na samodzielność muzyków. Oni potrafili nie tylko coś zagrać z nut, ale zaimprowizować, napisać orkiestrację, mieli całe kompendium wiedzy muzycznej. Dlatego taki Young, wykształcony tu w Warszawie u Romana Statkowskiego, kiedy pojechał do Stanów i tam zetknął się z jazzem, nie miał żadnych problemów w dalszym komponowaniu, improwizacjach. On używał tych znakomitych podstaw, tego pełnego kompendium wiedzy, a komponował rzeczy wyjątkowo piękne.

I.B.: A Pan pięknie je nam przypomina. Interpretacja utworów Younga w Pana wykonaniu jest wyjątkowa. Czuje Pan ducha Younga prawda?

K.S.: Young, ale też i Kaper, oni są przecież bardzo zasłużeni dla polskiej kultury, a prawie kompletnie tu nieznani. Trochę nie rozumiem tego, że nazywamy ulice imieniem Kubusia Puchatka czy Czterech Szmerów, a nie imionami tak wybitnych muzyków. Dlatego trudno się może dziwić jak się słyszy, że Jan A.P. Kaczmarek dostał jako pierwszy Polak nagrodę za muzykę filmową, a nikt nie pamięta o Kaperze, Youngu czy Leopoldzie Stokowskim.

Ale niezależnie od fascynacji ich muzyką lubię odkrywać różne szczegóły. John Gardner z Kalifornii, który pisze biografię Younga poprosił mnie o poszukanie rozmaitych szczegółów i w ten sposób dotarłem do wielu fascynujących informacji pozamuzycznych.

I.B.: Bardziej czuje Pan Younga i Kapera w muzyce, czy w wyniku tych pozamuzycznych odkryć?

K.S.: Zdecydowanie w muzyce. „Stella by Starlight”, czy „Beautiful Love” to były takie standardy grane przez nas i czuło się w tych nutach, że to jest facet stąd, że to się nie mogło urodzić wyłącznie w Ameryce. Janusz Muniak ładnie to podsumował, że w Ameryce nie mogła powstać rosyjska melodia ludowa, a tak określał „Beautiful Love”.

I.B.: I tak się to w tym tyglu kulturowym wymieszało, pokryło patyną, zdążyliśmy o tym zapomnieć, a Pan nam to wszystko przypomina. Dzięki Pańskim interpretacjom te melodie brzmią świeżo, ze współczesnym brzmieniem, a bez utraty dawnego czaru.

K.S.: Tak, bo jest to uniwersalna i dobra muzyka. Często jest też tak, że znamy te dźwięki, a nic nie wiemy o twórcy, a mnie ta wiedza fascynuje i chcę ją przybliżyć słuchaczowi. Pomyślmy, że gdyby przykładowo Young nie wyjechał do Stanów z klasycznym wykształceniem muzycznym stąd, a tam w Ameryce rodził się wtedy jazz, to nie byłoby tego Younga, którego teraz interpretuję i który brzmi jak rosyjska melodia ludowa. Byłby jakiś Young, ale zupełnie inny, tak więc to, co się dzieje w życiu muzyka, cała ta otoczka jest bardzo ważna i ciekawa.

W 1920 r. wyemigrował z Rosji do Ameryki Władimir Dukielski i tam jako Vernon Duke skomponował m. in. taki standard jazzowy jak „April in Paris”, który wszyscy znamy. Do baletów rosyjskich komponował jednak nadal jako Dukielski, ale na użytek jazzu skrócił sobie nazwisko, bo było za długie. Gdybyśmy się więc tak przyjrzeli tym amerykańskim standardom dobrze, to okazałoby się, że może połowa ich kompozytorów pochodzi z Europy, a zatem nie do końca są one takie amerykańskie, ale tamtejszy tygiel kulturowy po prostu spowodował, że brzmią w specyficzny sposób, który umownie określamy jako standard amerykański.

I.B.: Jak odbierają Amerykanie Younga na koncertach?

K.S.: Te utwory są im dobrze znane, to przecież część ich dziedzictwa kulturowego, ale dla przeciętnego Amerykanina kompletnie zaskakujący jest właśnie aspekt polskiego wątku wokół postaci Younga. A ten wątek jest moim zdaniem bardzo istotny, bo jak już sobie powiedzieliśmy, klasyczna edukacja Younga wraz z jego darem do tworzenia pięknych melodii daje to jedyne w swoim rodzaju brzmienie.

I.B.: Jak Pańscy studenci odbierają te poszukiwania i odkrycia?

K.S.: Staram się im to jakoś zaszczepić, aby grając utwory danego autora coś o nim wiedzieli, bo to ich wzbogaca, mogą dodatkowo go zinterpretować. Żyjemy jednak za szybko, nie zawsze jest czas na taki proces, na głębszą refleksję nad muzyką, a nawet na wysłuchanie w całości jakiejś płyty i często przychodzi student z empetrójką i mówi, że coś sobie ściągnął do posłuchania i mu się podoba, ale nie wie, kto to skomponował. Myśmy kiedyś wiedzieli to wszystko, nie było pojedynczych utworów do ściągnięcia, płyt słuchało się w całości, pożerało się je niemal.

I.B.: A niektórych płyt trudno jest nie wysłuchać w całości np. Floydów.

K.S.: Oczywiście, Floydów należy słuchać w całości, ale niektórych płyt jazzowych także warto (śmiech).

I.B.: Tak, zdecydowanie Younga w pańskiej interpretacji powinno się słuchać w całości, najlepiej na dobrej jakości sprzęcie, bo jest to bardzo ładnie zrealizowana płyta. Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszych fascynujących poszukiwań, odkryć i nowych płyt.

K.S.: Dziękuję.

Obejrzyj fragmenty koncertu Kuby Stankiewicza podczas wydarzenia "Dotknij kultury".

Na górę

COPYRIGHT © 2013-2017 MOFFIN. | Realizacja: SWgroup CMS | Sitemap