CZYTELNIA MOFFINA

MUZYKA

Znak rozpoznawczy made in Lora

Lora Szafran – wybitna polska wokalistka kojarzona z jazzem, który ceni i lubi, ale śpiewa wszystko, co gra jej w duszy i ma dobry tekst, bo to w muzyce jest dla niej także niezwykle ważne. Współpracowała z wieloma zespołami jazzowymi, a obecnie utwory dla niej piszą bardzo utalentowani artyści. Ogromny sukces przyniósł jej album z interpretacjami utworów Leonarda Cohena, który osiągnął status złotej płyty. Miała być prawniczką, ale na szczęście dla muzyki, nigdy nią nie została.

fot. Jerzy Sawicz

Rozmowa z Lorą Szafran, wybitną wokalistką jazzową. 

Ireneusz Białek: Jest mnóstwo z Tobą wywiadów o poszczególnych płytach, a dużo mniej o koncertach, a przecież to właśnie na koncertach Lora Szafran robi największe wrażenie, bo oddaje muzyce i publiczności całą siebie.

Lora Szafran: Tak, wolę koncert od płyty. Jeśli nagrywam płytę, to staram się, aby to było na tak zwaną setkę, czyli bez poprawek, cięć, doczyszczania, a więc tak jak to brzmi na koncercie. Jednak głos ludzki, czyli mój instrument, jest ułomny i czasem wymaga obróbki. Najbardziej się jednak cieszę, jak nie dotyka mnie wymóg zachowania sterylności, który narzuca płyta. Najlepiej wychodzą mi chyba te utwory, które nagrywam jako pierwsze, później następuje już zmęczenie materiału.

"Lubię śpiewać na żywo. Inne są emocje jak się coś zaśpiewa..."

I. B.: Aranżacje na Twoich płytach sprzyjają chyba wrażeniu śpiewania jak na koncercie.

L. Sz.: Pewnie tak, ale przede wszystkim lubię śpiewać na żywo. Inne są emocje jak się coś zaśpiewa od początku do końca, a inne kiedy się przerywa, poprawia. A na koncercie to już w naturalny sposób wychodzę i śpiewam jak najlepiej. Oczywiście jest wiele czynników, które na to wpływają – jaki mam nastrój, jaka jest pogoda, jacy są muzycy i jaka publiczność. To mnie najbardziej fascynuje w muzyce i na koncertach, że za każdym razem mogę coś przeżyć na nowo w zależności od warunków, jakie panują wokół mnie i co czuję.

I. B.: Zgranie z muzykami to chyba ważna rzecz?

L. Sz.: Dokładnie, szczególnie w jazzie i bardzo mi na tym zgraniu zawsze zależy, bardzo mnie to inspiruje. Wprawdzie od dawna nie śpiewam rzeczy stricte jazzowych, ale harmonie, frazowanie w standardach jazzowych, to coś, co zawsze staram się przenosić na swoją muzykę i wrażliwość.

I. B.: Więź z muzykami oraz więź z publicznością dobrze słychać na Twoich koncertach.

L. Sz.: Lubię swoich muzyków i choć często są to ludzie ode mnie dużo młodsi, to mamy bardzo dobry kontakt i to pomaga w koncertach. Jednak mimo to często wychodzę na scenę bardzo zdenerwowana, potwornie się tremuję, muszę usłyszeć pierwsze frazy i wtedy wiem, czy jesteśmy dobrze zgrani. Bardzo ważna jest też dla mnie akustyka. Zawsze też coś mówię do publiczności, bo chcę złapać z nią kontakt emocjonalny, jest to dla mnie naprawdę ważne.

I. B.: Byłem na setkach różnych koncertów i budowanie tych więzi z publicznością wcale nie jest takie częste.

L. Sz.: Być może artyści uważają, że wystarczy to, co przekazują w muzyce i nie chcą niczego dopowiadać pomiędzy wierszami, a mnie jest to potrzebne, choć jak sobie przypominam pierwszy koncert w Opolu, to akurat wtedy tak się wstydziłam, że stanęłam tyłem do publiczności. Później jednak obejrzałam kilka koncertów jazzowych gwiazd i zauważyłam, że one w tych klubach łapią świetny kontakt z ludźmi, opowiadają różne historie i to ładnie gra z tą muzyką. Zaczęłam więc robić to samo.

I. B.: Ale znak rozpoznawczy Lory Szafran to nie tylko ten kontakt, ale także więź z muzykami, o czym wspominaliśmy, nastrój, akustyka, to wszystko tworzy pewną całość – made in Lora.

L. Sz.: (Śmiech). Repertuar, takie harmonie, frazowanie, teksty, bo od wielu lat jest dla mnie bardzo ważne o czym śpiewam, pewnie temu znakowi rozpoznawczemu sprzyjają, bo to musi być moje. Jeśli śpiewam Cohena, to to musi być mój Cohen. Muszę być pewna, o co mi w tym utworze chodzi, co chcę nim przekazać, jak nim wyrażam siebie.

I. B.: Dobrze jest mieć taki znak rozpoznawczy w czasach, kiedy zanikają fizyczne nośniki muzyki, a koncert staje się ważniejszym sposobem przekazu kultury.

L. Sz.: Rzeczywiście, kiedyś nagranie płyty było ogromną nobilitacją, bo dawało artyście szansę na jakieś szersze pokazanie się, a teraz płytę nagrać i wydać może każdy, więc ona stała się niejako dodatkiem do koncertu. Cieszę się jednak zawsze, że mogę sprzedać płytę po koncercie, dać słuchaczom autograf, porozmawiać z nimi przy tej okazji. Płyt per saldo sprzedaje się teraz dużo mniej niż kiedyś.

I. B.: Szkoda prawda?

L. Sz.: Może trochę szkoda, ale z drugiej strony więcej ludzi przychodzi na koncerty. Nawet w małych miastach ludzie przychodzą teraz posłuchać dobrej muzyki na żywo i to cieszy, choć  koncerty przecież też zdarzają się lepsze i gorsze.

I.B.: To ciekawe, że jednak muzyka, którą możemy zaliczyć do niszowej wzbudza tak szerokie zainteresowanie w mniejszych miejscowościach.

L.Sz.: Wolałabym tych utworów nie nazywać niszowymi, jazzem czy piosenką autorską, ale raczej, aby kojarzyły się po prostu ze mną. Zdarzyło mi się ostatnio w Sopocie w kawiarni, że dziewczyna dwudziestoletnia zapytała o jakiś utwór z płyty „Nad ranem” i to było dla mnie ciekawe i budujące, że ktoś w tym wieku słucha i lubi moje utwory.

I.B.: Wracamy do znaku rozpoznawczego made in Lora (uśmiech).

L.Sz.: Staram się nikogo nie udawać i być sobą, nie opowiadać o swoim życiu prywatnym nie wiadomo jakich historii, ale wyrażać się w muzyce i w tym kontakcie z publicznością, który nazywasz tym znakiem rozpoznawczym.

I.B.: W ten znak wpisuje się też złota płyta za „Sekrety życia według Leonarda Cohena”, bo tak bardzo oryginalne są to interpretacje.

L. Sz.: To zaskakujący rezultat, bo pierwsze recenzje były w stylu – jak w ogóle można tak postąpić z twórczością Cohena. Niektórzy po prostu uważają, że jego śpiewa się wyłącznie w oryginalnych interpretacjach, ale ja postanowiłam zrobić to tak jak to czuję i udało mi się rzeczywiście osiągnąć z tą płytą komercyjny sukces. Praca była jednak spora, długo wybieraliśmy utwory, nie wszystkie nadawały się do zaśpiewania przez kobietę. Ja chciałam, aby to były takie cohenowskie evergreeny i całe przygotowanie do tej płyty trwało ponad pół roku. Cohen miał te utwory przez jakiś czas na swojej stronie, więc może mu się podobały (śmiech).

I. B.: Są to niesamowite interpretacje i wspaniale brzmią na koncertach. Dziękując za rozmowę, życzę Ci dalszych ciekawych poszukiwań pod znakiem made in Lora.

L. Sz.: Bardzo Ci dziękuję.

Na górę

COPYRIGHT © 2013-2017 MOFFIN. | Realizacja: SWgroup CMS | Sitemap